O, bakłażany już są! – powiedział Tymcio patrząc przez okno na bażanty.

Menu & Search

7 miejsc, w których nie spotkałem miłości swojego życia

fathersday blog tata

Wy musieliście być naprawdę zdesperowani – rzuciła ze śmiechem M., gdy opowiadałem jej kolejną historię z czasów studenckich podrywów. No cóż, fakty chyba mówią same za siebie – odpowiedziałem. A wybrane fakty dotyczące miejsc, w których nie poznałem miłości swojego życia wyglądają następująco: 

1. Seans filmowy dla singli

Zasada jest taka, kupujesz bilet, a miejsce dostajesz obok dwóch kobiet (lub mężczyzn, jeżeli jesteś kobietą). Światła gasną, projektor zaczyna pracować, a ty zagadujesz do osób obok siebie i tak zaczyna się randka. W teorii. W praktyce po tym jak zgasły światła wszyscy zaczęli się przesiadać rozczarowani sąsiedztwem w jakim się znaleźli. Zauważyłem jak kumpel wstaje, zbliża się do mnie i siada obok. K..wa – zaczyna oburzony – obok mnie siedzi jakiś koleś! – Marcin, jak by ci to powiedzieć, rozumiem twoje oburzenie – powiedziałem dając mu do zrozumienia, że nie tutaj jest jego miejsce. Nie zrozumiał aluzji, cały film obejrzeliśmy razem, a był to film tak nędzny jak ta randka. Inny kumpel po wyjściu: powiedziałem jej cześć, przyjrzałem się dokładnie i słowa już nie zamieniliśmy.

2. Domówka na Woli

Kumpel miał koleżankę, która miała przyjaciółkę, która robiła imprezę gdzieś na Woli. Nie pamiętam dokładnie jak to się stało, ale przykleiła się do mnie jedna z dziewczyn i mówiła, cały czas mówiła. Mówiła o słońcu, o samobójstwach, o Egipcie, o Węgrzech. Nie zgadzałem się z niczym, tak tylko dla przekory, bo nie miałem pojęcia o czym rozmawiamy. Narzekała, że w Polsce brakuje jej słońca, że gdzie nie ma słońca, tam jest więcej samobójstw, i że przez to nie czuje w sobie życia. Chciałem jej powiedzieć, że nie dziwię się, bo mam wrażenie, że gdziekolwiek się pojawi z tym swoim malkontenctwem, tam słońce od razu zachodzi, ale powstrzymałem się od tej poezji, bo poezja i samobójstwa chodzą w parze, a miałem wrażenie, że albo ja, albo ona stąpamy po cienkiej linie. Szybko się stamtąd ewakuowaliśmy.

3. Przeznaczeni.pl – portal randkowy na katolików

Założyliśmy z kumplami profile. Pojechałem po (przymruż oko) bandzie zaznaczając w profilu swój stosunek do seksu przedmałżeńskiego (odpowiedź: owszem), antykoncepcji (odpowiedź: owszem), alkoholu (odpowiedź: traktuję poważnie). Byłem chyba nie tak znów radykalny w swoich poglądach, bo co chwila ktoś się odzywał. Po kolejnej wiadomości, której nie zrozumiałem, a jeżeli zrozumiałem to nie potrafiłem się odnieść, przestałem się logować. Nadawaliśmy na innych falach, jak to mówią.

4. Msza Święta dla Zakochanych

Wybraliśmy się w czterech na imprezę walentynkową organizowaną przez przeznaczeni.pl. Nie wiedząc czy można pić alkohol szybko wypiliśmy po trzy piwa. Impreza wyglądała jak potańcówka szkolna dla szóstoklasistów – część podpiera ściany, część spazmatycznie i radośnie tańczy, a część pije po kątach. My byliśmy w tej ostatniej grupie. Po kolejnym piwie, gdy całe katolickie towarzystwo się rozkręciło na dobre wzięliśmy udział w zabawie „Jedzie pociąg z daleka…”. Dziesiątki katolickich singli biegało trzymając się za ręce i śpiewało „…i na łóżku z baldachimem robić coś nie jeden raz!”. Zgodnie przyznaliśmy, że nie mamy szansy na nic więcej, niż tylko śpiewanie o tym jednym razie. Gdy już się zbieraliśmy do wyjścia rzuciłem kumplowi, że zanim wyjdziemy podejdę do jednej z dziewczyn, która wpadła mi w oko (nie pamiętam po którym piwie), a która cały wieczór tańczyła z jednym kolesiem. W tym czasie do naszego kąta, w którym ukrywaliśmy się przed uczestnikami dzikiej katolickiej orgii, weszła właśnie ta dziewczyna i patrząc mi w oczy (jak w kolorowym filmie) zapytała czy długo ma jeszcze czekać, zanim do niej podejdę. Spokojnie – odpowiedziałem – właśnie miałem podejść i zaproponować spotkanie na jutro – powiedziałem najbardziej niebełkotliwym, a jednocześnie niedbałym głosem na jaki mnie było wtedy stać. Przystałem na jej propozycję odnośnie miejsca i czasu, i tak umówiliśmy się na …Mszę Świętą dla Zakochanych w Kościele Świętej Anny, w niedzielę o 15:00.

Spóźniłem się, ale domyślając się, że to zrobię, zaproponowałem, że spotkamy się w prawej nawie, a jeżeli nie spotkamy, to będę czekał przed kościołem. Przy wyjściu rozdawano ciasteczka w kształcie serca („on bierze dla niej, ona dla niego, single – aby się pocieszyć”). Stałem przed kościołem, a widząc jak zbliża się ze swoim ciasteczkiem dostrzegłem za jej plecami ukrywającego się za filarem kolesia, z którym tańczyła dzień wcześniej. Wystawiał tylko na chwilę głowę i patrzył na nas wzrokiem smutnym i głupim. Nie odwracaj się – powiedziałem – ale za tobą jest ten koleś, z którym wczoraj tańczyłaś i chyba nas obserwuje. – Tak, wiem – odpowiedziała – spotkałam go przy wyjściu, chciał się wymienić ciasteczkiem, ale powiedziałam, że ktoś już na moje czeka. Smutno mi się jakoś tak zrobiło i trochę zażenowany miałem ochotę podejść do niego, przytulić go, pocieszyć i kopnąć w dupę na drogę do ogarnięcia, której chyba sam nie chciał wybrać, ale zrezygnowałem – komizmu było aż nadto w tej sytuacji.

Siedzieliśmy w knajpie, a rozmowa (nie wiem jak to się stało) spełzła na księży z naszych parafii. Nie znałem żadnego, ale nie chcąc się do tego przyznać wymyślałem kolejne imiona i życiorysy (łącznie z cytatami!), a z każdym kolejnym pasterzem w stadzie Pana myślałem tylko o tym, jak się szybko ulotnić i skasować profil na przeznaczeni.pl. Nie muszę dodawać, że numer telefonu też skasowałem.

5. Impreza sylwestrowa u kumpla

Nie pamiętam szczegółów, ale poznałem tam studentkę filologii polskiej, z którą umówiłem się dzień albo dwa później, a przynajmniej tak mi się wydaje. I zgadnijcie o czym rozmawialiśmy? O księżach! Byłem już jednak zaprawiony w temacie, znałem przecież wszystkich ze swojej parafii lepiej niż ktokolwiek ich znał, łącznie z nimi samymi. Nic z tego wszystkiego oczywiście nie wyszło. Później próbował kumpel (zapomniałem go zapytać, czy też rozmawiali o księżach), ale i jemu nie wyszło. Są chyba takie dziewczyny, z którymi nikomu nie wychodzi. I na odwrót.

6. Kluby

Właściwie to nie lubię takich miejsc, jest za głośno i za tłoczno. Chodziliśmy jednak, bo gdzie jak nie w klubie można kogoś poznać? Jedną z dziewczyn poznanych w takim klubie była „samodzielna specjalistka z city handlowego”. Nie pamiętam jej imienia, ale chyba nawet tak się tytułowała. Co chwila podkreślała to swoje samodzielnie stanowisko w city handlowym, a ja pomimo, że pracowałem już w firmie rekrutacyjnej, nie potrafiłem się dowiedzieć, co konkretnie w tym banku robi. Ale czym konkretnie się zajmujesz? – Jestem samodzielną specjalistką w city handlowym. I tak do znudzenia. Znudzenia akurat było za dużo, żeby umawiać się drugi raz.

7. Lwów

Jeden z tych zagranicznych wypadów weekendowych. Zatrzymaliśmy się w hotelu George, dwa kroki od klubu Rafinad, do którego trafiliśmy po kilkugodzinnej tułaczki taksówkami od klubu do klubu. Spotkaliśmy tam dwie Ukrainki ze Lwowa, które także były zameldowane w tym hotelu. Do dzisiaj nie rozumiemy po co. Wychodząc chciałem kupić jednej z nich kwiaty u babci stojącej przy wyjściu. Miałem 80 hrywien, brakowało 20. Paweł, pożycz 20 hrywien – poprosiłem kolegę. Wyciągnął pieniądze, podał babci wraz z moimi, wziął kwiaty i wręczył je na moich oczach jednej z dziewczyn. Pomijając część historii powiem tylko, że kilka tygodni później jedna z nich zjawiła się u mnie. Była w drodze do Barcelony, gdzie studiowała. Wspominam te dni jako jedne z najgorszych w tamtym czasie. Kumple nadal z tego żartują. Gdy po kilku dniach jej pobytu udało mi się wsadzić ją w samolot poczułem ulgę. Miałem jej serdecznie dość ze zbyt wielu powodów, mieli jej dość kumple, miałem dość całej Ukrainy razem z Barceloną. Niestety to nie był koniec. Dzień później jej hiszpański przyjaciel napisał mi, że nie dotarła do mieszkania i pytał, czy wiem co się z nią stało, bo jestem ostatnią osobą, która widziała ją żywą. Nie ma mowy – pomyślałem – nie mogę mieć aż tyle pecha!. Nie znalazłby się w Warszawie nikt kto stwierdziłby, że widział mnie z nią w dobrym nastroju. Chwilę później dotarło do mnie, ze przecież na Okęciu mają monitoring i że na pewno mają dowody na to, że wsiadła do tego pieprzonego samolotu. Myślałem nad tym dobre kilka godzin aż dostałem sms’a od tego Hiszpana, że znalazła się u koleżanki. Co za małe szczęście w wielkim pechu – pomyślałem.

8a. Praca – fatalny początek

Miałem taką zasadę, że nie umawiam się z dziewczynami z pracy. Ostatniego jednak dnia mojego pobytu w najbardziej korporacyjnej z korporacji, w jakiej pracowałem umówiłem się z niedawno przyjętą do pracy dziewczyną, która wcześniej była uczestniczką konkursu Miss Polonia, czy coś z tych rzeczy. Połowa kolesi do niej wzdychała, a tylko ja zaproponowałem spotkanie. Zbiegiem okoliczności wprowadziła się do mnie po ok. trzech tygodniach, a po sześciu odbyliśmy poważną rozmowę, z której wywnioskowała, że musi się wyprowadzić. To wcale nie było takie pewne, że zrozumie, co do niej mówię wprost, bo miałem wrażenie, że nie zawsze wykazywała się biegłością w myśleniu. Po dwóch latach pobytu w Warszawie nie potrafiła się przedostać z Centrum na Mokotów. To ją przerastało. W dniu w którym się wyprowadzała, sąsiad wyprowadzał swoją dziewczynę. Spotkaliśmy się w windzie, po tym jako pomachaliśmy obaj na drogę swoim byłym już współlokatorkom, a on powiedział: Nie chce chyba sąsiad powiedzieć, że też wyprowadził dziewczynę? Jestem szczęśliwym czlowiekiem – dodał, po czym życzyliśmy sobie spokojnego wieczoru w swoim mieszkaniach.

8b. Happy End

W czasie gdy wyprowadzałem z mieszkania wspomnianą wyżej dziewczynę, poznałem w pracy M. Ona w tym czasie była w czymś, co można by nazwać związkiem gdyby mieć trochę więcej wyobraźni, ja zaczynałem oddychać po kilku trudnych dla mnie tygodniach. Nie było gromu z jasnego nieba, nic z tych rzeczy. Poznaliśmy się i tak z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc zbudowaliśmy to nasze uczucie, na tyle trwałe i pewne, że w szóstym miesiącu znajomości zamieszkaliśmy razem, po dziewięciu miesiącach zaręczyliśmy, a chwilę później dowiedzieliśmy się, że będziemy rodzicami. Decyzję o dziecku podjęliśmy jednak wcześniej. Gdy teraz opowiadam M., o powyższych lub innych przygodach z mojego życia, mam wrażenie, że to inne życie było, jakieś zaprzeszłe i nie moje. Ale zdaje się, że o tym już pisałem i jeżeli kogoś interesuje, to znajdzie tę historię w Tak się zaczyna każda misja… Gdy kończę pisać tę notatkę, to myślę sobie, że M. jest moim happy endem, ostatnim endem w ogóle.

  • Gabriela Wiśniewska

    Przeznaczeni.pl?! – serio?! Sie uśmiałam 😀 ale fajnych miałeś kolegów, ze ci tak towarzyszyli :) bedziesz miał, co Olce opowiadać 😉 tak sie męczyć… a M. udalo sie spotkać w tak zwyczajnych okolicznościach :)

  • Tak, miałem rację pisząc:

    …niestety ja mam zapędy moralizatorskie, a on pisze lekko i przyjemnie. Jego wpisy dają mi kopa, pozytywnego oczywiście.

    Ja zakochałem się w swojej żonie od pierwszego wejrzenia (gdzieś tam jest na blogu) 😉 i byłem „ostatnim na ziemi”, nawet gdyby „piekło zamarzło”. A jednak… 😉

    • Czytałem ten wpis. Jak już mówił pewien polityk, mężczyznę poznaje się… :) A piszesz na sposób, jaki mi odpowiada i jaki lubię, skoro już sobie tak słodzimy :)

  • Aga z www.makeonewish.pl

    OH… trochę się pośmiałam. wesoło było. szczególnie punkt z kinem :) ale Twoje ostatnie słowa są tak romantyczne, że odpadłam. Twoja M. na pewno uroni łezkę jak to przeczyta.

    PS nie chce narzekać, bo mam kochanego męża, ale nie ukrywam zazdroszczę Twojej M. że może coś takiego o sobie przeczytać. U nas to ja pisze a mąż czyta, fajnie by było raz się zamienić :)

    Serdecznie Cię pozdrawiam.

    • Aga, Ty piszesz za dwoje i to też jest ok. A słowa tak jakoś same przyszły, jak zwykle 😉

  • Konrad, Ty jak coś napiszesz to się można jednocześnie śmiać i płakać ze wzruszenia. Awwwww :)) Ciekawe perypetie, piękne zakończenie – romantyczne ale bez przesadyzmu 😉

    • Marta, jak Ty napiszesz, to swoje ‚Awww’, to jest to najlepszy dowód, że się podobało :)

  • Wyobraźcie sobie – jest dzień kobiet, ja i on w klubie studenckim. Tydzień wcześniej poznałam jego współlokatora, wiec wiem nawet gdzie mieszka. Współlokator mnie nie rozpoznaje. Koleżanka znika z nowo poznanym kolesiem. Więc ja i on tańczymy obok siebie. O północy składa mi życzenia przy głośniku, więc przenosimy się do stolika i pijemy piwo na spółkę. No, biedni studenci przecież 😀 Tydzień później zrywam z obecnym chłopakiem (!), a kilka miesięcy później dowiaduję się, że tego dnia on stwierdził, że „od teraz już żadnych związków!”. I tak już prawie 15 lat… 😀
    Więc w klubie można kogoś poznać :)

  • Bardzo serio. No tak, zapomniałem o wieczorku tanecznym… Jutro dopiszę o mojej rywalizacji o kobietę z pewnym piłsudczykiem 😉

  • Niezły byleś, w pewnym momencie pomyślałam, że seminarium duchowne stało się Twoim przeznaczeniem. Najważniejsze jest jednak to, że to M jest Twoją wisieńką na torcie:)

    • A wiesz, że nawet to dzisiaj powiedziała, że lubi takie wisieńki na torcie… W liceum miałem nawet taką myśl, żeby iść na teologię, ale żeby do seminarium? Wyrzuciliby mnie szybko :)

  • Mogę życzyć Wam tylko wszystkiego naj :)

  • Fajnie opisujesz swoje byłe i niedoszłe. 😛

    • Wiesz, Przemek, w byłych i niedoszłych najfajniejsze jest to, że są byłem i niedoszłe ;). Dzięki takiemu stanowi rzeczy, można pisać z przyjemnością. Dziękuję za komplement 😉

      • Bawić słowami się można ale ja nt. żadnej swojej byłej nic złego nie powiem. Wiesz, w końcu sam je wybrałem, nie? 😀

        • Oczywiście, że to zabawa słowami. O dziewczynach, z którymi byłem dłużej niż 3 miesiące nie pisałem, ani nie mówię źle – nie mniej z jakichś powodów są byłymi dziewczynami, a ja jestem ich byłych chłopakiem.

  • Podoba mi się sposób w jaki piszesz…poważny, a zarazem zalotny i zabawny 😉

  • J. z pkt. 5

    Czuję się wywołana do tablicy – z racji bycia kiedyś studentką
    filologii polskiej, i z racji wprost niepohamowanej chęci wprowadzenia corrigendy
    do tekstu.
    Przysięgam, nie rozmawialiśmy o księżach, musiałeś mnie z kimś (jeszcze
    inną) pomylić. Byliśmy razem w kościele, to i owszem (1 stycznia). Reszta –
    powiedzmy, że się zgadza. Zwłaszcza przedostatnie zdanie.

    Ukłony

    J. (z pkt. 5)

  • Ja też ‚szukałam’ w wielu miejscach, trochę na siłę i teraz widzę jakie to było żałosne:) Z Szymonem znaliśmy się wiele lat, ale ‚zeszliśmy się’ dopiero na jednej z imprez podczas wakacji. Strasznie intrygujące to, że nazywasz tą jedyną ‚M.’, a nie po imieniu…chyba to taki Twój chwyt marketingowy:)

    • Jak już Ci mówiłem w Poznaniu, to nie chwyt, to po prostu jakoś tak wyszło i zostało :)

  • Haha ! Co Was podkusiło z tym portalem… ^^ Jest przecież tyle innych, jakiś takich bardziej „różnorodnych”. Mocno się uśmiałam czytając o zabawie walentynkowej…

    Ale z drugiej strony, wspaniale, że koniec końców udało znaleźć Ci się ten happy end… :)

    Pozdrawiam ciepło,

    Panna Joanna

    • Nie pamiętam już co, jednak teraz jest przynajmniej co wspominać. Tak, mój Happy End jest wspaniały. Pozdrawiam równie ciepło.

  • Yanouche Sagamore

    YOUTUBE:Moj prywatny Majdan

  • Yanouche Sagamore

    YOUTUBE:Pojechal na wojne orywatnie

Type your search keyword, and press enter to search